Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języków. Pokaż wszystkie posty

25.11.2013

Multimedialna edukacja: uczyć bawiąc

Dziś nawet najmłodsi uczniowie, zanim pójdą do szkoły, mają już za sobą kontakty z różnymi mediami i narzędziami cyfrowymi. Nowoczesne technologie to dla nich codzienni towarzysze zabaw i nauki. Nie wystarczy i nie da się uczyć ich przy pomocy długopisu i zeszytu. Zasoby internetu, a zwłaszcza wartościowe i dobrze zaprojektowane programy edukacyjne online dają szansę na zwiększenie u uczniów chęci do nauki. Takie narzędzia stają się też sprzymierzeńcami nauczycieli i rodziców w procesie przekazywania wiedzy dzieciom.


Polskojęzyczne edukacyjne zasoby internetu stale się powiększają. W sieci pojawiła się platforma edukacyjna Didakta.pl zawierająca bogaty zestaw multimediów dla szkół podstawowych i gimnazjów. Proponuje uczniom, nauczycielom i rodzicom programy, które pomagają zrozumieć treści z polskiego, matematyki, nauk przyrodniczych czy języków obcych poprzez różnorodne interaktywne animacje, zadania, quizy i ćwiczenia. Portal jest łatwy w obsłudze i atrakcyjny graficznie, dlatego orientacja w zamieszczonych tam zasobach nie stwarza żadnych problemów, nawet dzieciom. Dużą zaletą programów jest fakt, że działają na wszystkich tablicach interaktywnych oraz komputerach bez względu na system operacyjny.

Prawdziwe atrakcje Didakta.pl odkrywamy, gdy zagłębimy się w jeden z dostępnych programów.

13.10.2013

O skutecznych sposobach nauki języka

We współczesnym świecie znajomość języków obcych jest niezbędna, aby realizować swoje życiowe cele i plany. Tymczasem z badań CBOS wynika, że najpopularniejszy z języków obcych – angielski – zna w stopniu komunikatywnym tylko 30% Polaków. Jak poprawić kompetencje językowe? Nauka w szkole i kursy językowe nie wystarczą, trzeba jeszcze stosować proste ćwiczenia i reguły – proponuje Aleksander Lubina, doświadczony nauczyciel języków obcych i autor e-poradnika Języki bez belfra.

Komunikowanie się w języku obcym jest jedną z podstawowych kompetencji społecznych niezbędnych we współczesnym świecie. Nie chodzi tu tylko o znajomość poszczególnych słówek, ale przede wszystkim o swobodę komunikacji w języku obcym w różnych sytuacjach życiowych. Jeszcze lepiej jeśli komunikując się posiadamy przynajmniej podstawową wiedzę na temat zwyczajów obcokrajowców czy miejsca, w którym przebywamy. Część informacji możemy oczywiście znaleźć bez przeszkód w sieci. Dzięki internetowi, nawet nie ruszając się ze swojego miejsca zamieszkania możemy łatwo komunikować się i prowadzić działalność na całym świecie. Ale brak znajomości języka obcego może stać się istotną przeszkodą w realizacji naszych celów osobistych i zawodowych.

Społeczeństwo informacyjne, w którym z każdej strony docierają do nas mniej lub bardziej istotne komunikaty, wymaga od nas umiejętności selekcji, rozumienia i przetwarzania informacji w wiedzę. Coraz częściej źródło tych informacji jest obcojęzyczne – wszak żyjemy w czasach globalizacji i mieszania się kultur. Znajomość języków obcych oraz komunikowanie się w ojczystym i obcym języku należą do kluczowych kompetencji społecznych XXI wieku.

14.07.2008

Nieznajomość angielskiego kosztuje

W prawie jedna z fundamentalnych zasad brzmi po łacinie: ignorantia iuris nocet. Czy powinniśmy dzisiaj przyjąć inną fundamentalną – życiową – zasadę: „nieznajomość angielskiego szkodzi”? (ciekawe jak to by brzmiało po łacinie...).
Poziom znajomości języka angielskiego w Polsce należy do najniższych w Europie, co jest niestety wynikiem wieloletnich zaniedbań polskiego systemu edukacji, braku dostatecznej liczby wykwalifikowanych nauczycieli i niskiego poziomu nauczania. Według danych Eurostatu jedynie 29% Polaków deklaruje znajomość angielskiego, przy średniej unijnej wynoszącej 51%. „Dziennik” w numerze z 12-13.07 br. podjął się wyliczenia ile kosztuje polską gospodarkę nieznajomość tego języka. Z badań prowadzonych wśród pracodawców wynika, że pracownicy posługujący się angielskim zarabiają aż o 30% więcej od innych. Redakcja „Dziennika” wyliczyła, że gdyby tylko o 1% więcej Polaków znał angielski na poziomie średniej unijnej, dałoby to polskiej gospodarce około miliarda euro dodatkowego zysku rocznie. Gdybyśmy tylko wyrównali do średniej unijnej, dochód gospodarki – i co za tym idzie również pracowników – zwiększyłby się o 70 miliardów euro rocznie. Wyliczeń tych nie negują eksperci ekonomiczni zapytani przez „Dziennik”.
Nauczyć się dziś angielskiego jest wyjątkowo łatwo. Trzeba oczywiście tylko: mieć świadomość, że jest to cywilizacyjna konieczność i chcieć się jego nauczyć. Rynek brytyjski jest otwarty dla polskich pracowników, prowadzone są setki wymian młodzieży, działają dziesiątki organizacji międzynarodowych, w których angielski jest podstawowym językiem komunikacji, w kraju działają setki szkół językowych, każdy, kto używa Internetu z pewnością ma styczność z językiem angielskim przynajmniej raz dziennie, a jeżeli tylko zechce – w kilka kliknięć może rozpocząć dowolny kurs językowy, także nieodpłatny. Prawdziwą rewolucję w nauczaniu języków oznaczają podkasty – w serwisie iTunes (Podcasts/Education) jest już kilkanaście bezpłatnych kursów, które można subskrybować do swoich odtwarzaczy muzycznych lub na komputer. Bardziej ambitni znajdą sobie lektora w sieci, który – niekoniecznie znajdując się w Polsce – będzie w stanie zorganizować ciekawe zajęcia przez skype o dowolnej porze dnia.
To było a propos dorosłych i dorastających. Kształcenie angielskiego jest niezbędne od przedszkola aż po studia jako element obowiązkowy procesu edukacji. Prawdziwą zmianę oznaczałoby jednak dopiero wprowadzenie angielskiego na wszystkich szczeblach kształcenia jako języka wykładowego na równi z polskim. Do tego powinna zmierzać moim zdaniem reforma systemu edukacji. Inne języki świata możemy póki co traktować jeszcze jako hobby (oczywiście nie zabraniajmy tylko uczyć się ich jako trzeciego i n-tego języka).

13.07.2008

Jeszcze raz o rozwiązaniach aleksandryjskich w edukacji

Muszę jeszcze raz nawiązać do artykułu Krzysztofa Rybińskiego w Newsweeku - tym razem skupiając się na szkolnictwie wyższym. Autor proponuje takie rozwiązania: „Poziom kształcenia wyższego w Polsce poza nielicznymi wyjątkami jest niski i tylko dwie polskie uczelnie są na liście 500 najlepszych na świecie, zresztą w przedostatniej setce. Próby dyskusji o zmianach w tym sektorze są sprowadzane do obrony praw nabytych i kwestii, czy ma istnieć habilitacja, czy nie. Nie widać żadnych perspektyw zmiany obecnej sytuacji. Dlatego należy przeprowadzić badania kapitału intelektualnego wszystkich polskich uczelni publicznych – opracować metodologię i ustawowo nakazać uczelniom dokonanie samooceny według ściśle określonych kryteriów. Takie samo badanie należy przeprowadzić w 10 najlepszych uczelniach świata oraz na tych wydziałach i kierunkach w Polsce, które odnoszą spektakularne sukcesy międzynarodowe. Należy opisać najlepsze praktyki prowadzące do światowego sukcesu i określić wzorzec. A potem finansowanie każdej uczelni uzależnić od corocznego skracania dystansu dzielącego daną uczelnię do wzorca.


To chyba za mało aleksandryjskie rozwiązanie. Po pierwsze należałoby skończyć z dyskryminacją uczelni niepublicznych. Wiadomo, że najlepsze na świecie uniwersytety są w Stanach Zjednoczonych - według rankingu The Times w Stanach Zjednoczonych znajduje się 12 spośród 15 najlepszych uniwersytetów na świecie, według rankingu Newsweeka 15 z 20, według rankingu szanghajskiego 58 ze 100, a według rankingu publikacji naukowych 170 z 500. Wszystkie amerykańskie uniwersytety mają takie same warunki konkurowania w walce o studentów i kadrę naukową, co zmusza je do stałego podnoszenia jakości nauczania i odpowiadania na bieżące zapotrzebowanie rynku. O to samo należałoby zadbać w Polsce – nie wiem, dlaczego Pan stawia tylko na uczelnie publiczne. Finansowanie uczelni wyższych powinno być uzależnione od efektywności procesu nauczania i sukcesów odnoszonych w różnych dziedzinach. Należałoby oczywiście przyjąć warunki dające równe szanse wszystkim uczelniom, a nie tylko „zasłużonym”, które już dawno spoczęły na laurach i zajmują się produkcją bezrobotnych lub niedopasowanych do rynku pracy absolwentów. Najlepsze uczelnie (może 10, 20 a może 30 – to kwestia wypracowania „aleksandryjskiego” kryterium oceny) powinny dostawać ponad połowę wszystkich środków przeznaczonych na finansowanie szkolnictwa wyższego. To mobilizowałoby pozostałe uczelnie do zmian, specjalizacji, modernizacji procesu nauczania, patrzenia na oczekiwania pracodawców, badania trendów (i w ogóle myślenia o tym, gdzie ma być Polska za 20-30 lat). To powinno trochę wyglądać jak taka Liga Mistrzów – awansujecie dalej – dostajecie większe pieniądze na badania i rozwój uczelni. Ponadto obowiązkowe powinny być (na studiach I i II stopnia oraz podyplomowych) programy realizowane w partnerstwie z zagranicznymi uczelniami (uwaga! w języku angielskim lub innym języku międzynarodowym), najlepiej jeszcze poddane systemom akredytacji zachodnich (czytaj: anglosaskich) instytucji edukacyjnych. Nie zapominajmy – wypomina to nam OECD – że Polska ma jeden z gorszych współczynników umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego wśród krajów członkowskich i należy to zmieniać. To oczywiście tylko kilka pomysłów – bo tych rozwiązań należałoby wprowadzić znacznie więcej.
Od wielu lat toczy się w Polsce jałowa dyskusja, czy studia powinny być płatne czy bezpłatne. Już dziś świetne prywatne szkoły wyższe – jak na przykład Łazarski, Koźmiński, PWST, Polsko Japońska Wyższa Szkoła Technik Komputerowych i wiele innych – biją na głowę dziesiątki uczelni publicznych jeśli chodzi o jakość nauczania i przygotowanie absolwentów do wyjścia na rynek pracy. Niestety w rankingach zawsze będą przegrywać z publicznymi uczelniami, ponieważ w Polsce funkcjonuje XIX wieczny model pruski szkolnictwa wyższego, który premiuje ilość i historyczne dokonania (czyli tzw. prestiż), a nie jakość i nadążanie za rozwojem cywilizacyjnym. Może w końcu ktoś zdecyduje się przeciąć ten węzeł gordyjski?

11.04.2008

Angielski rulez

Każde dziecko od pierwszej klasy szkoły podstawowej po szkołę ponadgimnazjalną będzie uczyć się łaciny naszych czasów, czyli języka angielskiego. Takiemu pomysłowi minister edukacji Katarzyny Hall i ekspertów MEN po prostu trzeba przyklasnąć, nawet jeśli wywoła to złość nauczycieli uczących innych języków. W epoce globalizacji i szybkiego rozwoju nowych technologii komunikacyjnych nie da się żyć i pracować posługując się tylko jednym językiem. Dzisiaj umiejętność swobodnej komunikacji w przynajmniej dwóch językach – polskim i angielskim - jest życiową koniecznością. Znajomość angielskiego jest niezbędna nie tylko z tej przyczyny, że posługuje się nim najwięcej ludzi na świecie. W kontekście edukacji istotne jest to, że przede wszystkim w tym właśnie języku rodzą się nowe koncepcje nauczania i uczenia się (nie wspominając o oprogramowaniu do najnowszych narzędzi), które tak czy owak oddziaływać będą na nasze życie, czy tego chcemy czy nie. Język angielski jest też podstawowym językiem społeczeństwa informacyjnego i jeśli chcemy korzystać z owoców najnowszych badań, metod i praktyk edukacyjnych, musimy się nim biegle posługiwać. Nie oznacza to rzecz jasna, że teraz każdy powinien biec sobie załatwiać jakiś certyfikat potwierdzający znajomość angielskiego. Tego nie należy moim zdaniem narzucać, bo po co papierek – przecież życie i tak zweryfikuje. Dla mnie takim testem jest to, czy rozmówca może po zdaniu w języku polskim swobodnie kontynuować wypowiedź i tok myślowy w języku angielskim. Jeśli tak potrafi, to mi wystarczy.

A tak w ogóle, to może mój pomysł, aby w publicznej TVP przynajmniej jedna wieczorynka dla dzieci była w języku angielskim (patrz: WordWorld), nie jest (w kontekście pomysłów MEN) tylko marzeniem?